menu
:: Strona Główna
:: Wywiad specjalny
::
Artykuły Biograficzne
::
Galerie
::
Biblioteka
::
Monografie
::
Wystawy & fotografie
:: Listy
:: Publicystyka
:: Spis artykułów prasowych
::
Szczep Rogate Serce
::
Odnośniki
::
Kontakt
:: Księga Gości

 

Stach z Warty


Jerzy Feiner

 

Nazywany też Diabłem z nad Warty, miał wpływ magnetyczny, pokonujący czas i odległości. Trudno powiedzieć dlaczego uległem tej sile. Stało się to dzięki działaniu jego charakterystycznej sztuki. Najwcześniej poznałem, reprodukcje jego dzieł w czasopismach.

Był to Stanisław Szukalski, który nazwał siebie Stachem z nad Warty. Przyjmując pseudonim, od razu wprowadził skojarzenia z prasłowiańszczyzną jako źrodłem inspiracji. Stał się jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci sztuki dwudziestego wieku. Budził wsród wielu krytyków lekceważenie i niechęć. Ogromnych rozmiarów ambicja w zetknięciu z nieprzyjazną atmosferą dookoła artysty doprowadzała do konfliktów graniczących z szaleństwem.

Z nazwiskiem tym ponownie zetknełem się na wystawie w największym pawilonie wystawowym jaki był w Warszawie, zwany Zachęta Odbudowany po zniszczeniach w czasie Powstania. W kolumnowych salach wsród kamiennych posągów i marmurowych posadzek, urządzono wystawę pokonkursową na Pomnik Bohaterów Warszawy. Celem konkursu było znalezienie rozwiązania, upamiętniającego jeden z najbardziej tragicznych i zarazem bohaterskich zrywów narodu doprowadzonego do ostatecznej rozpaczy.

Rezultaty konkursu były nie proporcjonalne do morza krwi, rozlanego na ulicach Warszawy, do kopców popiołów ludzkich powstałych w rożnych miejscach miasta. Pokrywał on: trotuary, trawniki i zgliszcza murów. Nie było i nie będzie artysty, który potrafił by oddać ten bezmiar nieszczęścia.

Przeżyłem Powstanie jako dziesięcioletni chłopiec. Wielu moich kolegów z czwartej klasy, ze szkoły przy ulicy Miodowej 5, zgineło. Brali w nim czynny udział. Oddali ostatnie tchnienie na ulicach. Od tego czasu mam kult dla Powstania. Byłem zafascynowany jaki wyraz plastyczny nadadzą artyści temu tragicznemu faktowi historycznemu.

Na wystawie w Zachęcie, zgromadzono wielką ilość plansz, modeli, rzeźb i rysunków. Bez wyrazu i charakteru.

W ostatniej sali znajdowała się praca Stacha z nad Warty. Przyleciała jak gdyby na skrzydłach czarnych orłów, przyniosły ją one z dalekiej nieznanej i romantycznej Kalifornii, gdzie Mistrz urządził sobie sanktuarium artystyczne. Praca była wystawiona poza konkursem - nie wiadomo dlaczego? Była zupełnie różna od wszystkich. W innej konwencji stylowej. Daleka w swojej kompozycji od tego co się we współczesnej Polsce działo.

Uderzał w niej dziwny eklektyzm, osiowość i symetria. Na kwadratową klepidomę prowadziły monumentalne stopnie. W samym środku pietrzyło się kłębowisko drapieżnych postaci podobnych do żmij, orłów i krokodyli... Wszystko wykonane w czarnym i czerwonym marmurze podobnie jak balustrady i tralki otaczające. W czterech rogach na postumentach, pełniły wartę wielkie czarne orły.

Od modelu wiało grozą, pesymizmem i upiornymi skojarzeniami. Niezaprzeczalnie udało się autorowi uzyskać coś co potrafiło przerażać. To uczucie mogło kojarzyć się z nastrojem Powstania. Przetworzone w sposób twórczy, eklektyczny i nieznany. Model był w atmosferze dekadenckiego grobowca z zetlalemi, welonami, piszczelami i trupimi czaszkami. Było w tym coś z dekoracji teatralnej albo dekadenckiego baroku. Projekt utkwił w pamięci na zawsze. Poraził twórczym pazurem i poteżna siłą.

Równocześnie pojawiły się w prasie artykuły na temat Szukalskiego. Opisywano jego niezwykłą sylwetkę. Przedstawiano, artystę szokującego pomysłami, oryginalnością i skandalami. Zarówno w sztuce, życiu towarzyskim jak i osobistym.

Był znany jako założyciel grupy artystycznej Szczep Rogatego Serca. Miał w tej grupie ludzi prawdziwie mu oddanych. Utrzymywali z nim kontakt przez całe życie. Szanowali i czcili swojego założyciela.

Szukalski większą część swojego bardzo długiego życia spędził za granicą, głownie w Stanach Zjednoczonych. Już jako dziesięcioletni chłopiec był sensacją w Chicago. W czasie lekcji, mały Stasio na końcu ołówka wyrzeźbił postać. Nauczycielka ten niezwykły ewenement, momentalnie przekazała do prasy. W gazetach pojawiły się tytuły: Geniusz - syn kowala z Polski, wraz z fotografią małego rzeźbiarza. Od najwcześniejszych lat rosła legenda Szukalskiego. Przechodziła przez dekady, dochodziła z dalekich krain do Polski nabierając siły i znaczenia.


Minęło około czterdzieści lat od chwili gdy, po raz pierwszy zetknąłem się z tym nazwiskiem. W międzyczasie zawieruchy politycznych wydarzeń rzuciły mną w najbardziej odległy zakątek świata do Kaliforni. Pomyślałem że będę mógł tutaj dowiedzieć się coś więcej o tym człowieku. Szansa na spotkanie jego przy życiu, wydała się mała. Musiał by być już bardzo wiekowy. Ale istniała zawsze nadzieja na zobaczenie niezwykłych dzieł, projektów pomników, rysunków czy malarskich portretów.

Niestety moje wysiłki spełzły na niczem. Polacy których pytałem, nigdy o nim nic nie słyszeli. Był zupełnie nieznany w sferach Poloni Kalifornijskiej. Straciłem zupełnie nadzieję aby cokolwiek się dowiedzieć.

Przez przypadek poznałem ks. Przygodę, Profesora Kolegium Teologicznego w Kaliforni. Na moje pytania zapytał;

- Chciałby pan Jego poznać?

- Oczywiście - padła odpowiedź.

- Nic prostszego

Ksiądz podszedł do telefonu. Wykrecił numer, chwilę, rozmawiał, podał mój adres. Za niepełne dziesięć minut pojawił się Szukalski.

Było to zupełnie zdumiewające gdy w drzwiach mojego kalifornijskiego mieszkania, zobaczyłem postać owianą historyczna legendą. To jak gdyby ujrzec cześć historii sztuki polskiej. Szukalski zdecydowanie odbiegał od moich demonicznych wyobrażeń o nim, ukształtowanych przez prasę. Średniego wzrostu. Szczupły i zażywny. Niebieskie jarzące się oczy, swidrujace wszystko i wszystkich do okoła. Rożowa cera, naciągnięta ściśle, nie pozwalająca na formowanie się zmarszczek na twarzy. Siwe włosy starannie przyczesane, z przedziałkiem na bok. Dobrze ostrzyżony. Ubrany był w jasno popielaty garnitur starannie skrojony i przyprasowany. Niebieska koszula i nienagannie dobrany krawat. W sumie bardzo tradycyjna sylwetka starszego pana. Miła powierzchowność. Ujmujący i szarmancki stosunek do pań. Wzrok jego ze szczególnym uporem kierował się do młodziutkich kobiet w naszym towarzystwie. Ten eteryczno-erotyczny pan powyżej dziewięćdziesiątki - był zdumiewający.

Ale jaki inny od tej legęndy, jemu towarzyszacej. Pierwszą moją myślą była wątpliwosść jak taki człowiek mógł budzić tyle sensacji i kontrowersji w tamtych jakże odległych czasach. Później dowiedziałem się historii o ojcu zabitym w wypadku samochodowym. On natomiast osobiście otworzył czaszkę i studiował mózg człowieka który wydał geniusza. Tyle mowiły legendy.

Legendy mówiły o skandalach, o obrażaniu najwyższych czynników rządowych. O listach wysyłanych do możnych tego świata, w słowach pełnych goryczy. W liście do papieża podpisał się... Heretyk.

Oczywiście rozmowa zeszła na tory artystyczno filozoficzne. Szukalski przedstawił swoją teorię; Protongu (Macimowy) i Wielkiego Potopu. Rozważania te nie miały naukowego podłoża, były artystycznym echem spekulacji Heleny Bławackiej na temat zatopionych kontynentów i pochodzenia ludzi Cro-magnon. Odżegnywał się przy tym od wszelkich akademickich studiów i formalnego wykształcenia. Podkreślał że był absolutnym samoukiem nie uznającym żadnego mentorstwa, zarówno w wykształceniu artystycznym jak i badaniach językoznawczych. Dowodził że Protong jest najstarszym językiem świata i że ma słowiańskie korzenie. Jezyk ten ukształtował się na długo przed Wielkim Potopem. Był to język biblijnego Adama i Ewy, pomimo ze Szukalski nie uznawał Biblii. Uwazał ją za wytwór prymitywnych koczowniczych nomadów pustynnych. Stali oni na niższym poziomie kulturalnym aniżeli prasłowiańscy protoplaści. Podania i baśnie słowiańskie były dla niego "Świętą Ewangelią".

Protong zostawił według niego ślady we wszstkich językach świata. Podobnie jak łacina w naszej epoce. Imiona własne, zwłaszcza nazwiska, nazwy osiedli, szczytów górskich, mórz i oceanów, uważał za najstarsze zabytki kultury świata. Brzmiało to świeżo, oryginalnie i ciekawie, zwłaszcza dla Słowian. Dalekie jednak od jakichkolwiek źródeł naukowych.

Mowił nerwowo. Tonem nie tolerującym sprzeciwu. Dociekał, szukał wyjaśnień nie mających nic wspólnego ani z nauką ani religia. Pasjonowała go zagadka istnienia człowieka, sensu życia, wytłumaczona w sposób nie religijny. Kapłanów uwazał za nierobów, żerujących na ludzkiej naiwności. Był ateistą w pełnym tego słowa znaczeniu.

Gdy pewnego razu zapytałem o sens istnienia świata... Odpowiedział;

- Kosmiczny przypadek... haos... bałagan.

W tym czasie przeżywał poważne kryzysy i zwątpienia. Zwątpienia dotyczyły losu osobistego, życiowego powołania, tego gigantycznego wysiłku artystycznego, dla którego poświecił wszystko i to co zwykły człowiek określa ludzkim szczęściem. Czuł się obco w epoce która przyszła. Był przerażony obniżaniem się i demokratyzacją kultury amerykańskiej i kultury świata w ogóle. Odeszli Amerykanie którzy rozumieli, podziwiali i kupowali jego sztukę. Przyszły nowe zupełnie, inne pokolenia. Świat się stał dla niego niezrozumiały, dziki i chamski.

Mowił o spostrzeżeniach przeprowadzonych na najstarszej rzeźbie świata Madonnie w Gidlach. Uważał ją za starszą niż chrześcijaństwo. Rzeźba pochodzi z czasów przed potopowych - twierdził. Jest wyobrażeniem syrenki. To dokument pokazujący ewolucję człowieka w procesie przekształcania się ryby w istoty pełzające po lądzie. Akceptował teorię Darwina. Rzeźba ta posiada po bokach płetwy - sugerował, mylnie odczytywane jako fałdy sukni. Perswadując to proboszczowi, doprowadził do zdjęcia, rzeźby ze szczytu ołtarza. Została oczyszczona z wiekowego kurzu i sadzy od świec. Okazało się że formy na rzeźbie mogą być odczytane jako płetwy. Madonna będąca przedmiotem kultu współczesnego, słynąca łaskami na cała Południową Polskę jest, zdaniem Artysty, prasłowiańska boginką z bogatą przeszłością, czczona i adorowana przez starożytnych wyznawców w centrum prasłowianskiej gontyny.

- Mistrzu, niegodzi się kapłanowi słuchać tych bluźnierstw, przy tak sędziwym wieku jest to, nierozsądne, już dawno powinieneś szukać pojednania z Bogiem, a nie ustawicznie z nim walczyć - wracał się łagodnie i po staroświecku czcigodny kapłan Przygoda.

Zażywny Stach silnie ripostował.

- Pan Bóg w niebie trefni sobie pukle włosów, poprawia manicure na swoich paznokciach. Równocześnie dogląda aniołów wykonujących pedicure. Niewiele go interesuje co się dzieje na ziemi. Czy rozstrzeliwuja Polaków, Żydów czy Murzynów.

- Zupełnie Jego to nie obchodzi.

Taka to była filozofia Wielkiego Mistrza. Artystycznie był niebywale aktywny. Pracował bardzo intensywnie. Na przyspieszonych obrotach, ciągle tworzył coś nowego


Do wielkich przeżyć należało zaproszenie do studia Mistrza - w Burbank. Dzisiaj mieszczą się tu studia filmowe, wchodzące w skład kompleksu czterdziestu miast i miasteczek Los Angeles. Potocznie nazywanego LA. Burbank, kiedyś uchodził za jedną z najbardziej konserwatywnych dzielnic, tej największej wioski świata, ponieważ dzielnice LA, to parterowa zabudowa. Wyjątek stanowią centra miejskie strzelające w gorę z morza tej niskiej zabudowy. Cała ta aglomeracja miejska, tonie w zieleni i kwiatach.

Rozprzestrzenienie się miasta na ogromne obszary powoduje poważne problemy komunikacyjne. Burbank leżący w tym czasie poza głównymi liniami komunikacyjnymi był zamieszkały przede wszystkim przez emerytów, wysokich urzedników wielkich firm, czy też wdowy po emerytach.

Studio Mistrza znajdowało się w skromnym apartamencie dwupiętrowego kompleksu. Wnętrze było przepełnione różnymi rzeźbami. Na pierwszym planie stała poteżna rzeźba poźwięcona Ofiarom Katyńskim. Ażurowa z możliwością wewnętrznego podświetlenia, dwuczęściowa, celem prostego montażu. Prawie wszystkie rzeźby były polichromowane w kolorze zielonego grinszpanu. Te przedziwne stwory wydawały się bardziej bliskie światu Azteków czy Mayów aniżeli współczesnemu człowiekowi.

Stylizacja jego w tym czasie budziła skojarzenia z dziełami Ameryki Przedkolumbijskiej. Prawdziwe intencje były prasłowianskie, przedstawienia; Światowidów, Pierunów, Piastów czy Goplan.

Czasem odzywały się wpływy twórczości Zofii Stryjeńskiej. Zwłaszcza przy pojawianiu się rytmicznych kłosów, wieńców na głowach, splotów ptaków a zwłaszcza orłów, ulubionego motywu Mistrza, zwierząt, elementów mechanicznych sugierujących nowy wiek i ruch, oraz pomysły architektoniczne.

Wsród lasu rzeźb, dominował pomnik poświęcony Papieżowi; Janowi Pawlowi II. Pomnik ten należy do jednej z najbardziej surrealistycznych rzeźb jakie powstały w tym naszym awangardowym wieku sztuki. Artysta komponował rzeźbę na zasadzie praw paradoksalnych.

Papież to rycerz, świętobliwy. Obrońca cnoty skromności seksualnej, zwolennik wstydliwości cielesnej, zostaje pokazany w sposób absurdalny, wbrew wszystkim jego przekonaniom, w absolutnej nagości. Takie postawienie sprawy doprowadza do furii przeciwników sztuki Szukalskiego. Ale dla Szukalskiego: Papież - to Starożytny Bohater na koniu jak średniowieczny król. Jest bez stalowej zbroi. Jego zbroja to nie są łuski żelaza, ale ryb, i one pokrywają jego święte ciało. Tak zabezpieczony może walczyc z pokusami dwudziestego wieku. Łuska ma też dodatkowe skojarzenia z ryba, symbolem chrześcijaństwa. Cielesne i fizyczne tworzenie naskórka dla następcy Chrystusowego może oznaczać jego wrażliwość ziemską na cierpienia ludzkie. Oni razem mają sądzić żywych i umarłych.

Oczywiście, Apokaliptyczny Jeździec musi posiadać wielkie skrzydła husarskie. One uniosą go wysoko w wieczną podróż, ponad czasową do odchłani niebios. Nie zapomniał, że Papież jest słowiański, co w języku artysty, znaczy Papież Prasłowiański, zjednoczony ze wszystkimi bóstwami areopagu pogaństwa prasłowiańskiego w którym mądre Światowidy, zwracają twarze we wszystkie cztery strony świata. Adorujące rusałki całują świętobliwe stopy papieskie. Rzeźbę oplatają wieńce, ciernie i laury. Majowie, Aztekowie, Inkowie i inne grupy indiańskie też są skłonne do złożenia hołdu Papieżowi.

Jest w tej koncepcji tyle samo powagi co ironii. Po takich niezwykłych wypowiedziach artystycznych trudno jest otrząsnąć się z wrażenia.

Szukalski cenił sobie przede wszystkim pracę twórczą z pamięci. Nigdy nie pracował z modelem. Modela obserwował bardzo szczegółowo i krotko. Niejednokrotnie podkreślał że wystarczyło mu jednogodzinne posiedzenie. Poźniej pracował z pamieci. Przetwarzał modela do artystycznej wizji. Pracował aż do zupełnego wyczerpania. Zawsze kładąc wysoki nacisk na drobiazgowe wykończenie prac.

W stosunku do prac nie wykończonych miał ogromne wyrzuty sumienia, jak z nie wykonanego obowiązku. Prace lubił wykańczać z staranną, czasem przesadną precyzją. Nadawało to dziełom charakter mechaniczny, dzisiaj powiedzielibyśmy że prace sa wykonane techniką komputerową. Uważał też że nad dziełem należy tak długo pracować aby każdy detal doszedł do głosu. Cyzylerskie wykończenie było dla niego ważne tak w rzeźbie jak i malarstwie.

Leonid Osetyński, wielki przyjaciel Szukalskiego z którym się na zmianę przyjaźnił i nienawidził, szukał zamówień na portrety dla rzeźbiarza. Udało się jemu nakłonić generała Andersa do pozowania. Kiedy model pojawił się na umówiony seans, Szukalski z zawiedzioną rozpaczą stwierdził:

- Pan nie posiada żadnych cech fizjognomicznych aby być generałem. Zwłaszcza drobna cofnięta szczęka, zupełnie nie pokazuje mocy charakteru. Pańska postura jest zaprzeczeniem, wszelkich wyobrażeń o generałach. Jak ja mam Pana rzeźbić.

Szukalski na podstawie swoich spostrzeżeń ułożył prototypy budowy twarzy ludzkiej; okrągłe i kwadratowe to twarze twórców, ludzi prężnych i dynamicznych. Twarze długie pociągłe, przynależą do intelektualistów - są to umysły spekulatywne. Mocna szczęka jest przejawem stalowej woli i silnego charakteru.

Niewiele się zastanawiając, poteżnym sznurem, jaki podwinał się jemu pod rekę, okrecił szyję generała wraz ze szczęką. Sznur stał się symbolem węża. Nadał twarzy wojowniczy i agresywny charakter.

W nastepnym pokoju, na całej jego długości znajdowały się półki z wieloma oprawnymi tomami. Zawierały one około 16 tysięcy rysunków o charakterze badawczym. Odnosiły się do spekulatywnych rozważań na temat człowieka Cro-magnon. Dotyczyły też studiów zakresu fizjognomi ludzkiej. Wykazywał w nich zależności budowy i kształtu głowy do charakteru człowieka.

Były tam też rysunki różnych znanych męzczyzn w których doszukiwał się tak zw. Grymasu Młodzieńczego polegającego na niesymetrycznym położeniu ust na twarzy. To wykrzywienie ust jest wynikiem silnego stresu wywołanego przez odrzucenie osobnika przez przedstawicielkę płci pięknej. Fakt ten czyni tak wielkie spustoszenia psychiczne w młodym człowieku, że pozostawia ślad na całe życie.

Mistrz rysunki wykonywał z znajwiększą precyzją. Przeważnie technika kropkowa, bardzo pracochłonna. Zrealizowane tę techniką rysunki dały silny plastycznie efekt i stanowią małe arcydzieła. Leżał na półce ogrom wieloletniej pracy, talentu i inwencji twórczej.


Ten geniusz umysłu ludzkiego wciaż szukał, wszystko i wszystkich chciał prześwietlić na przestrzał. Rownież tragicznie błądził i głeboko się rozczarowywał. Porażki w tym głęboko wrażliwym i analitycznym człowieku stawały się tragediami których psychicznego cieżaru nie był w stanie unieść. Zniechęcał się do świata i ludzi. Zatruwał swój organizm trucizna goryczy, wyprodukowaną przez samego siebie.

Niezrozumienie jego sztuki i posłannictwa, rozczarowania i zawody które go spotkały, zarówno w społeczeństwie polskim jak i amerykańskim, przypisywał obniżaniu się światowego poziomu kultury i pogłębiającej się ciemnocie społeczeństw. Miedzy innymi obciążał; nowoczesne media, a telewizję przedewszystkim o odciąganie od prawdziwej kultury.

Żył bardzo głęboko sprawami polskimi. Dzielił polskie społeczeństwo na dwie warstwy tak zwany katolicyzm polski oświecony i postępowy oraz katolicyzm w najbardziej zacofanej formie którą nazywał katołykami, miało się to kojażyć z kołtństwem... Również pojęcie patriotyzmu nabierało osobliwego kosmopolitycznego wyrazu... Na sprawy polskie był przesadnie wyczulony i zawsze negatywnie. Miał cały szereg polskich kompeksów pomimo tego, był to ogrom przywiązania do ziemi która go wydała, nie tylko biologicznie, ale z całym bagażem kulturowym przekazanym w genach, z których został spłodzony. Które tak skrzętnie rozgrzebywał i doszukiwał w mózgu swojego progenitora.

Nie jest to możliwe aby w artykule pokazac całą twórczość i bogatą osobowość artysty. Natomiast chodziło by, aby przypomieć tego kontrowersyjnego geniusza i zbliżyć do czytelnika. Przedewszystkim należało by uświadomić sobie rangę i znaczenie artysty, zwłaszcza że znany mnie był osobiście i był to dla mnie ogromny zaszczyt że Szukalski uważał nas za swoją rodzinę.

Na Krakowską Akademię został przyjęty jako szesnastoletni chłopiec, bez egzaminów, wyłącznie na podstawie rewelacyjnych rysunków. Opuścił Krakowska Akademię Sztuk Pięknych w roku 1913, zniechęcony akademickim sposobem nauczania i przeniósł się do Stanów Zjednoczonych.

Staje się nowym typem artysty, którego życie jest podzielone, pomiędzy dwa kraje i dwie kultury. Jest to zjawisko które będzie coraz częstsze z uwagi na postęp komunikacyjny i informacyjny.

Kultura polska w której się Szukalski urodził i wyrósł oddziałała z wielką mocą. Równocześnie wrósł w kulturę, historię i zwyczaje Nowego Świata i to bardzo głęboko. Niech przykładem będzie jego adoracja jednej z najpiękniejszych postaci historii Ameryki: Abrahama Lincolna, współczesnego męczennika historii Ameryki. Adoracja ta zaczęła się od chwili kiedy jego ojciec zaprowadził małego chłopca pod pomnik w parku w Chicago.

Szukalski wrastając w świat Ameryki, rozkoszuje się jej urokami. Zmienia się też jego stosunek do pierwszej Ojczyzny. Zwłaszcza do spraw kultu religijnego, zwyczajów folklorystycznych. Mimo zamierania religijności u Szukalskiego, co staje się ewidentne w jego wielu wypowiedziach. Kult i obrzędowość zaczynają narastać w twórczości. Urastają do poteżnego świata prasłowiańsko - praazteckiego, w którym się zlewają w przedziwną jedność. Dwa światy, dwie kultury całkowicie przeciwstawne; fascynacja Ameryką i głęboka przynależność do kultury Polskiej. Jest przedstawicielem nowej kultury uniwersalnej jednoczącej przeciwstawne zjawiska.

Nie ominęły Artystę wielkie tragedie życiowe. Do największych, należała śmierć, drugiej żony, najbardziej ukochanej kobiety jego życia;

Joan Lee Donovan-Szukalski

Zmarła w tragicznych okolicznościach. Artysta sam określa: utrata tej kobiety doprowadzała jego do zwierzęcej rozpaczy. Obserwował w lustrze zachodzące przerażające zmiany na jego twarzy. Czarna chmura która zapadła na niego, nie uwolniła go do końca życia.

Cielesność fizyczna jest dla rzezbiarza niezwykle ważna. Podkreśla takie szczegóły jak; wymiary szyji, numer kołnierzyka od koszuli 16 i 1/2 cala, wysokość 5 i 1/4. Bacznie studiował napięcie mieśni i nerwów. Odbijało się to w pedantyczności dzieł, sposobie bycia, formowania otoczenia, a nawet własnego ubioru.

Widocznym się stało że czas zaczyna pokazywać swe spruchniałe zęby, w szyderczym uśmiechu w stronę artysty, a ten nie zwraca nato żadnej uwagi. Jak zwykle młodzieńczy w żwawych podskokach, pełen zdrowia, zapału, ironiczny i złośliwy. Dookoła szerzył zamieszanie, ponure obrazy i słowa goryczy. Docinki na temat Polski i Polaków. Wypowiedzi wywołane zawiedzioną miłoscia. Najeżał się psychicznie. Złośliwie i bezlitosnie oceniając ludzi niejednokrotnie mu życzliwych, Jako człowiek urodzony pod astrologicznym znakiem strzelca dodawał;

- strzelec tam strzela gdzie najwięcej boli.

Dobre stosunki jakie nam towarzyszyły nagle się popsuły. Mistrz znikł z naszego otoczenia. Ponieważ zmienił miejsce zamieszkania, kontakt urwał się zupełnie.

Aż nagle pewnego popołudnia, w promieniach zachodzącego słońca, z rozwianą swietlistą czupryną, w lekkich młodzieńczych podskokach znalazł się w otwartych drzwiach mojej pracowni. Znajdowała się na bulwarze Laurowego Kanionu. Coż za radość z powitania. Zresztą nie zamierzonego ponieważ, zmierzał do znajdującego się w pobliżu sklepu z przyborami artystycznymi w którym zamierzał kupić małe dłutko do rzeźby i przez pomyłke trafił do mojego studia, było to nie zamierzone, ale jakże miłe. Przez okres roku gdy się nie widzieliśmy, nic się nie zmienił. Czas się zupełnie zatrzymał. Rozmyślając w kategoriach ludzkich Mistrz się zbliżał do kresu swych dni.

 Postanowiłem ten czas w jakiś sposób zatrzymać. Zaproponowałem wykonanie szybkiego olejnego portretu. Chciałem uchwycić jego niezwykłą dynamikę duchową i młodzieńcza energię w ostrych kolorach które by potęgowały moje założenia. Ten pełen silnej ekspresji portret, niestety szybko wraz z Mistrzem wyfrunął. Bowiem został zakupiony do Richmond.

Natomiast zdawałem sobie sprawę że przede mną miałem sędziwego genialnego starca, który korzeniami tkwił w zeszłym stuleciu. Los rzucił go daleko od miejsca gdzie znajdowała się jego kolebka. Odszedł od ziemi, która karmiła piersi jego matki. Jego bezgraniczne umiłowanie życia nie pozwoliło myśleć o jakimkolwiek zabezpieczeniu na starość. Poteżne obłąkanie rzeźbami, ideałami które stanowiły fizyczną kontynuację jego istoty, znalazło się w zaułku i sytuacji bez wyjścia i rozwiązania.

Stojąc w obliczu tragedii tego starca, poczułem się zupełnie bezradny. Koniecznie musiałem znaleźć jakieś wyjście z sytuacji. Widziałem tylko jedno rozwiązanie zwrócić tego starca Polsce. Byłem przekonany że to było by najlepsze rozwiązanie. Miałem nadzieję że dzieła jego pojechały by razem z nim, i w taki sposób można było zapobiec rozproszeniu ich po świecie. Zaproponowałem więc moją ideę Mistrzowi. Miał się zastanowić i dać znać na następny dzień. Oczekiwałem go z niecierpliwością.

Rzeczywiscie zjawił sie punktualnie. Odpowiedź była negatywna. Wygłosił swoje kredo nienawiści do Polski i Polaków, do losu który go tak przykro doświadczał. Wsiadł do swojego długiego jak okręt cadillac'a. Wygladał w nim jak mysz w wielkim bucie. Zakrecił do tyłu zachwiał i nacisnął gaz. Ruszył z kopyta, zawrócił z piskiem opon, i za zakrętem zniknął już na zawsze.

Za pare dni dowiedziałem się że parkując samochód, aby dokonać drobnych zakupów w sklepie spożywczym, jakiś samochód potrącił go. Wszedł jeszcze dokonał zakupów. Zaniepokojona wyglądem kasjerka znająca go od wielu lat, zaoferowała pomoc, którą zdecydowanie zlekceważył. Próbowała dzwonić do niego obawiając się poważnej sprawy. Telefon przez kilka godzin był głuchy. Zadzwoniła po policję, która już zastała Mistrza martwego.


 Ze zdumieniem i respektem oglądamy dzieła Szukalskiego, zadziwia nas jego filozofia życiowa, a to dla tego że w życiu tak rzadko spotykamy się ze zjawiskiem geniusza. Jeżeli patrzymy na niego jak na człowieka, widzimy nieprawdopodobne spektrum uczuć które tylko mogą wywołać litość przy tym że tak rzadko był normalnym człowiekiem. Jego rozbudowane do niezwykłych rozmiarów ego promieniowało w każdym środowisku w którym się pojawiał. Stale starał się świadomie czy podświadomie formować swoje życie jak najdalej od tego, co potocznie uważamy za normalne. Dlatego tak wiele przymiotników możemy jemu przypisać: romantyczny geniusz, serdeczny, dostojny, pompatyczny, napuszony, mądry i tryumfalny, heroiczny i tragiczny wysublimowany, kontrowersyjny, a ponad wszystko prowokacyjny.