menu
:: Strona Główna
:: Wywiad specjalny
::
Artykuły Biograficzne
::
Galerie
::
Biblioteka
::
Monografie
::
Wystawy & fotografie
:: Listy
:: Publicystyka
:: Spis artykułów prasowych
::
Szczep Rogate Serce
::
Odnośniki
::
Kontakt
:: Księga Gości

 

Sprawa Szukalskiego
fragment pamiętnika "Nowe odkrycie Ameryki" wydanego w 1973 roku

Aleksander Janta


Podróż do Kalifornii w 1953 roku traktowałem na podobieństwo wypadów do Pittsburga i w tych samych okresach, do Teksasu, do Kanady, Do Nowego Jorku, jako próby wychodzenia losowi naprzeciw - a nuż trafi sie możliwość albo szansa, o której, siedząc kamieniem na miejscu i to takim miejscu jak Buffalo, nie miałem okazji dowiedzieć się. A cóż dopiero przyjąć wezwania, jakie kryć się może w nowym środowisku, wsród innych niż widywani na codzień ludzie?

Jednym z ciekawszych zdarzeń było ponowne, po prawie dwudziestu latach, spotkanie Szukalskiego. Dałem temu pełny wyraz w drugim już, sporym eseju o nim, zamieszczonym w londyńskich "Wiadomościach" z 17 kwietnia, 1955r.
Pierwszy, podobnie spory i przedstawiający całość problemu, jaki stawiał swoją twórczą obecnością i namiętną działalnością ten niewątpliwie genialny, prowokacyjny i na swój sposób tragiczny artysta-rzeźbiarz, ukazał się w wyniku silnego z mojej strony nacisku w "Wiadomościach Literackich" na kilka lat przed wojną w numerze z 17 marca 1935 roku.

Tak jak za pierwszym razem, trzeba było przekonywać Grydza, aby nie odmawiał miejsca i nie szczędził ilustracji dających przekrój dorobku tego dziwacznego olbrzyma, nie mogącego się dobić o uznanie.

Ten drugi esej "Myśl owinęta rzeźbą" przypomnę niebawem w wydaniu książkowym z uzupełnieniami i z ilustracjami także, włączyłem go bowiem do przygotowywanego od dawna zespołu "portretów polemicznych". Okaże się z czasem, być może, że nie było poza mną na przestrzeni dwudziestolecia, ani na emigracji, Polaka, który by tak wytrwale i stanowczo szukał uznania tego tak trudnego, choć niezwykłego talentu, choćby nawet artysta, któremu tę przysługę próbowałem przez lata świadczyć, nie potrafił docenić ani przyjąć intencji, a tym bardziej motywów, jakie mną kierowały.

Posiadam ogromne archiwum korespondencji z Szukalskim. Listy jego pisane wystylizowaną, sztuczną nieco kaligrafią własnego kroju i ortografią równie własną, bo w niczym nie przypominającą obowiązujących prawideł pisowni polskiego języka, zawierają całą jego filozofię sztuki, namiętny program objęcia rządu dusz w Polsce, gwałtowne i nie liczące się z nikim narzucanie własnej, samorodnej, z źródeł niby słowiańskich wywiedzionej koncepcji stylu, szkolenia i sztukmistrzowstwa. Szpikowane są pretensjami, zarzutami i oskarżeniami, wybuchami gniewu i nienawiści do Polaków, których wini za zmarnowanie mu życia i odmówienie miejsca, serca, posłuchu, poddania się żywiołom jego wizji, jego projektów i jego wymagań.

Rewolucja jaką proponował, szturmem próbując ustalić swoją pozycję jako wyzywający i wyłączny wódz pokolenia w sprawach sztuki, spotkała się w Polsce przedwojennej zc zrozumiałym alarmem oficjalnych czynników, tym żywszym, że wśród młodzicieży zdobył posłuch, poparcie i chętną gromadę uczni. Nie był to jednak bynajmniej odruch powszechny. Głoszone przez Szukalskiego polityczne i rasowe programy, wywoływały w kołach młodych krakowskich radykałów odprawę, której najjaskrawszym wyrazem były złośliwości teatrzyku krakowskiego Tam-tam, kiedy poświęcił twórcy szczepu Rogate Serce "historyczny obrazek", wykpiwając "Montezumę Oszukalskiego", czyli Ducha Dynię, z jego prasłowiańskim rasizmem i wszystkimi akcesoriami programu, mającego podtekst o wymowie aż nad to politycznej. "Rzecz dzieje się w Smoczej Jamie w roku 1940", w scenie występuje Krak, Skorysyn z Pardubic, kró1 Popiel i "Twórczynownicy Szczepu: Jutrzyn, Wodostan, Pieprzywuj i in.".

Mnie natomiast, mimo wielu oporów i uprzedzeń, udało się przekonć Ignacego Matuszewskiego, podówczas redaktora "Gazety Polskiej", aby dał Szukalskiemu zamówienie na projekt nagrody w zawodach balonowych Gordon-Benneta, co wykonane zostało w postaci statuetki, przedstawiającej skrzydlatą istotę, wywiniętą z ślimaczej muszli, arcydzieło fantazji i majstersztyk rzeźbiarski drobnej formy, godny dokonań Benvenuta Cellini.

Z przygotowanej tym sukcesem atmosfery zainteresowania i życzliwości, mimo zadziornych, zaczepnych i obrazoburczych jego wystąpień, wynikło dla Szukalskicgo później zamówienie na pomnik Bolesława Chrobrego dla Katowic, jako dowód poparcia dla tego wspaniałego talentu ze strony ówczesnego wojewody śląskiego Michała Grażyńskiego.

Najazd Niemców zniszczył zarówno wielkie plany, jak będące w robocie dzieło; bomby niemieckie rozbijając monumentalny pomnik, o mało nie zabiły rzeźbiarza, kuł go bowiem w oddanych do jego dyspozycji pomieszczeniach Politechniki Warszawskicj jeszcze w okresie Września.

Jego dorobek artystyczny, sprowadzony ze Stanów Zjednoczonych do Polski i zgromadzony w Bytomiu z niewielkimi wyjątkami podzieliły losy tylu innych pamiątekk i skarbów narodowych, które padły pastwą najazdu.

Kiedy go teraz spotkałem poraz wtóry w Kalifornii, zgorzkniałego po tej strosznej stracie, ale ciągle jeszcze pełnego pomysłów i woli twórczej, był nadal fenomenem agresywnej żywotności w najbardziej fizycznym sensie tego pojęcia. Chciałem nie tylko przypomnieć jego dzieje i jego dorobek na użytek polskiego społeczeństwa, ale pokusić sie o znalezienie zamówień dla tego niezmożonego rozpędu twórczego w amerykarńskim także społeczeństwie, do którego własnymi siłami, mimo świetnego startu i obiecujących zapowiedzi z wczesnych lat dwudziestych, nie znajdował żadnym sposobem drogi.
Nie trudno to zrozumieć gdy się pamięta, jak traktował krytyków, jak powstawał na rzekomy spisek polsko-żydowsko-rosyjsko-intelektualno-nazistowskowy, z akcentem stawianym na tym czy innym członie przeciwnej mu rzekomo zbiorowości, zależnie od nastroju albo ferworu w przypisywaniu winy za własne niepowodzenia jednemu z nich, czy odrazu wszystkim.

W zapale i przekonaniu polonizatorskim pouczał prezesa Rady Nadzorczej Fundacji Kościuszkowskiej, ówczesnego prezydenta Vassar Callege, prof. McCrackena, że używanie łacińskiej wersji nazwiska Kopernik, jest podobnym wynaturzeniem prawdziwego brzmienia tego nazwiska, jak gdyby Lincolna przedstawić jako Lincolnusa, albo gdyby Waszyngton występował jako Waszyngtonus.

Poczem wyjaśnił rzeczowo, że ogórki marynowane w koprze były podstawową częścią pożywienia w średniowieczu, co z kolei wymagało pilnego siania i uprawiania kopru. Ci, którzy uprawiali koper nazywali się kopernikami (co po angielsku wypadałoby jako Diller) W ten sposób polskość kopernikowskiego nazwiska przez k została uzasadniona. Przysłał jednocześnie wizerunek Kopernika przeznaczony na okładkę programu obchodów czterystolecia. Astronom przykłada ramiona cyrkla do serca i do czoła ponieważ wymierzył odległość między ziemskim sercem a niebieskim (od nieba) a więc boskim siedliskiem umysłu. Tak wyglądała nieodzowna zawsze, literacko-filozoficzna interpretacja portretu.

Odpisał na ten list nie McCracken, ale sam Stefan Mierzwa, jako organizator obchodów czterystolecia. Odmownie, chociaż z wymuszoną uprzejmością. Został przez Szukalskiego zwymyślany od ostatnich za wyręczenie adresata, do wyłącznej wiadomości którego przeznaczony był list i oferta. Rzeźbiarz oskarżył profesora o bezprawne dysponowanie wizerunkiem Kopernika (który Mierzwa artyście odesłał), przeznaczony był bowiem jako dar dla Vassar College. Jakim prawem pozwala sobie na szafowanie cudzą własnością?

Ile razy później kiedyś, nie o tym incydencie nie wiedząc, próbowałem polecić względem Fundacji Kościuszkowskiej osobę Szukalskiego, spotykało mnie miażdżące veto Mierzwy. Żeby mu tego impertynenta nie wspominać nawet. Zobaczywszy później w papierach kopernikowskich Fundacji dokumunty korespondencji, przestałem się dziwić zdecydowanie negatywnym odruchem prezesa na każdą wzmiankę o Stachu z Warty.

Sam, mimo trudnych i wymagających dużej cierpliwości stosunków z nim nie mogłem się otrząsnąć z wrażenia, że jest to fenomen twórczy zasługujący na lepszy los, niż to co go jako rzeźbiarza na wyjątkową miarę spotkało w życiu.

Chciałem wierzyć, że jeśli uda mi się znaleźć zastosowanie dla tej żywiołowej siły twórczej jeśli można by go zaprząc do fizycznej, twardej dającej się wyżyć jego temperamentowi pracy kucia w kamieniu albo lepienia gliny, obsesje i filozofie pisanie i działanie na polach, które nie były ani jego siłą ani powołaniem, przejdą na drugi plan ważności. Ten bo był na moje zrozumienie jedyny sposób ujarzmienia swoistego giganta którego niedociągnięcia, niedouczenia, dokuczliwą arogancję i wyzywający egocentryzm rozpoznałem od dawna.

Moje listowne z nim utarczki raczej, niż dyskusje toczyły się całe lata. Był wymagający i uciążliwy, przytłaczał ogromem listów. Był człowiekiem którego nie można było przekonać ani przeciągnąć na jakikolwiek rozsądny, czy choćby praktyczny sposób rozwiązywania dotyczących go spraw.

Proponowałem różne podejścia. Chciałem sprzedać dla niego jakaś rzeźbę do Metropolitan, parę rysunków do Chicago Art Institute. albo zbieraczom polskich obrazów w Ameryce. Próba przekonania LIFE'u żeby poświęcił mu kilka stron i kilkanaście zdjęć, nie dała rezultatów.

Mieszkałem w Buffalo. Środki moje i możliwości były wtedy co się zowie nikłe, ale każdy działa w ramach tego co posiada i co może. Zasypywał mnie swoimi skargami, wypowiadał swój żal i swoją gorycz, pod koniec naszych stosunków stworzył projekt zbudowania pomnika, przedstawiającego Koguta Gallów, marząc że Ameryka w rewanżu za ofiarowana jej kiedyś przez Francuzów statuę wolności, zdobędzie się na gest ofiarowania jego koguta jako daru dla degaulowskiego Paryża.

Przytaczam obszerny fragment jednego z listów, poprawiając jedynie dla łatwiejszej czytelności jego wywodów własna i uparcie przciwstawianą zwyczajowej, ortografie Szukalskiego:

Amerykanie jakkolwiek zbici z wielu etnicznych pierwiastków nie są materiałem na wielkich artystów, ni wielkich odbiorców sztuki, mimo ich przerażającej zachłanności na posiadanie arcydzieł jak ich bastardowa rasa nigdy nie stworzy sama bo - jako zlepiony naród nie cierpieli straszliwych klęsk których ich idealne jednostki nigdy nie mogą przeboleć jak ja, jak Stryjeńska, Malczewski, Matejko.

Nie skromnie to dzwięczy kiedy się włączam w listę na której Matejko, Malczewski a nawet Stryjeńska sie znajdują, bo Rzeżba to nie Malarstwo. Malarstwo jest dwu-wymiarowe z naddatkiem perspektywicznym który daje wrażenie drugiego wymiaru. Ta różnica ta udana różnica w nieobecności trzeciego wymiaru, czyni malarstwo zawodem wakacyjnym, wypoczynkowym prawie, gdzie starczy dać pozory przestrzeni, nastroju (za pomocą ciemnych barw) także malaż to konik polny, w porównaniu do malaża do rzeżbiarza którego fizyczna wytrwałość musi być tak szczodrobliwa, cierpliwość tak niesamowita, a spożywająca tak wiele czasu że potrafi on wyżeźbić on ilościowo bardzo mało prac w porównaniu do malarzy. Poza tym, Stworz miał wielki Patronat królewski, książecy, biskupi jak i zamożnych kupców niemieckich, włoskich. Matejko miał Polskę w niewoli która mimo hamstwa powszechnego w prowincjonalnym kraju jednak popierała go.

Malczewski odziedziczył po Matejce skore odczuwanie wielkiej Sztuki jakie wytworzył jego Mistrz w Krakowie i reszcie Kraju, nawet w królewstwie. Stryjeńska jako malarka pełna pomysłowaści, pracowitości, można była, a jej raczej rozrywkowa, bo czysto-dekoracyjna sztuka zdobyła wielkie fale admiracji. Nie tak ją, rzeżbiarz, kóry nie mając poparcia jako młodziak po dwóch pierwszych wystawach w Krakowie, wyjechawszy do Stanów, do ojca, sam jeden został, bo po śmierci jego, Polonia była mniej niż dziś chłopską glebą, na której tylko żyto i ziemniaki były pożądane, a nie jakieś kwiaty filozoficzno-egzotyczne. W niesamowitych trudach, nędzy, niedożywieniu, mimo oklasków które nie mogły zamienione być na kromkę chleba, ni miejsca do pracy i pomieszczenia rzeźb, w warunkach, w jakich żyłem przez moje życie, prócz pobytu z pierwszą żoną, malarką kompozycyjną, która miała miesięczny dochód, a więc ja mogłem pracować na wsi niedaleko Paryża, gdzie zrobiłem najlepsze moje prace, dałem z siebie bardzo mało, na tak małą skalę, bom nigdy nie miał stałej pracowni. Nigdy nie miałem pracowni, wogóle.

Tak więc, to co dałem, jest zaledwie drobnym odsetkiem prac jakie mógłbym stworzyć, gdybym nie był Polakiem, i nie służył wyłącznie polskości. To co dałem jest zaledwie wejrzeniem przez szparę do wnętrza człowieka, gdzie wewnętrzny wulkan bez przerwy burzył się nawałą uczuciomyśli domagających się sformułowania, wyrażenia, uzewnętrznienia. Może kiedś, ktoś wczuje się w tę tragedię człowieka klętego ładunkiem nabrzmiałych myśli, w którym skupiło się wiele talentów pierworodnych, lecz któremu nie było dane być życiowym spryciarzem, który by mimo sławno-polskiej Niecnoty spotykanej na każdym kroku w jego tak-nieskorej Ojczyźnie jak i śród pseudo-inteligenckiej Emigracji, potrafił wydźwignąć się z pod codziennych trudów i znaleźć warunki któreby zwzwoliły mu na pełną twórczość i kompletne przetworzenie jego twórczych zasobów na całość jego Sztuki. Tworzyłem mimo tak rażącej nieskorośći polskiego otoczenia i zgoła zrozumiałej niechęci Anglosaskiej ku "nie-swojemu" przybłędzie, "internderowi". Rozmiary rzeźb mają swój specyficzny wpływ na ludzi bo miałem warunki tylko na takie rozmiary. Że wogóle tyle narzeźbiłem, jest to cudem. Narysowałem wiele rzeźb, bo nie spodziewałem się mieć warunków ani pracowni w jakich dałoby się je urzeczywistnić. To że Dunikowski tak mało pozostawił, to również dlatego, że był Polakiem. Będąc zaś tępym umysłem, poprostu umysłem roboczym, nie palił sie wewnętrznie jak ja, inaczej szukałby innych dróg do czynienia jakiś zmian wokół siebie. To że robiłem awantury w Polsce, to tylko dlatego żem zauważył iż siedząc spokojnie zostanę pogrzebany żywcem, jak Dunikowski, który grał dobrze na swoim rzeźbiarskim fortepianie, lecz jedynie na paru klawiszach. Był zbyt ograniczony umysłowo.

Gdybym dostał obstalunek na zbudowanie pomnika Koguta Gallów, to czułbym się wynagrodzonym za moje całożyciowe trudy i klęski. Jeżeli stanie ten pomnik, to zgłosi się wiele miast i krajów, proponując bym rzeźbił inne pomniki. Lecz wątpię czy przetrwam tę pracę na inne możliwości pomnikowe. Pomnik ten dałby możność ludziom więcej wtajemniczonym w Sztukę, zobaczenia jakie mogłaby Polska mieć gdyby była godna na ich posiadanie. Wolała Lubelskiego, Wittiga, Kunę.

Wyżalił się jak widzimy do dna duszy. Trudno było nie przyznać mu racji. Pogrążenie się wielkiego rzeźbiarza w pseudo naukową pracę, do której przywiązywał niewspółmierną wagę jako do projektu, mającego wywołać rewolucję w pojęciach, widziałem jako ucieczkę od rzeczywistości, która nie pozwoliła mu spełnić marzeń ani wykonać zadań twórczych w twardym, opornym ciele kamienia, bronzu, marmuru, do czego rwał się i co potrafił z niespotykaną pewnością dłuta czy ręki zamienić w żywe, potężne, wyraziste i nieomylne swoje konstrukcje.

Ciągnąłem go za język, aby uzasadnił wagę jaką przywiązuje do swoich niby-naukowych odkryć którym oddawał się z charaktcrystyczną dla niego pasją.
Kilkadziesiąt tomów jakie napisał i jakie opatrzył ilustracjami niepokoiły mnie nie raz, było bowiem jasne że zapędza sie w dziedziny do których nie ma przygotowania naukowego choćby mu nawet przyznać niezwyczajną intuicję twórczą i talent wyobrażniowej syntezy.

Kiedy pilnując się aby nie podniecić jego drażliwości, domagałem się aby objaśnił na czym polega ta praca i jak uzasadnić mniemanie o donisłości pojętego dzieła odpowiadal listami - rozprawami. Przytaczam dla przykładu następujący fragment:

Naturalnie, praca jest zbyt przeolbrzymia by ktoś z ważnych autorytetów zechciał zbadać mój zakres świata i jego przeszłości.

Ty, jak reszta Polaków nie chcecie zrozumieć że ja jestem innym od wszystkich ludzi, że nie tylko inne ale bardzo wiele różnych zdolności posiadam, biologicznie zbieżonych razem w jednego człowieka. Czytając Hechta i Roscoe dowiedzieliście sie że jestem nieoczytanym, ale to było, kiedym zaledwie gramolił się w angielszczyźnie, kiedym nie czytał Literatury, bom chciał jedynie dowiedzieć się rzeczy najważniejszych, które inni zdobywali w szkołach, a ja sam, bez czytania autorytatywnych kisążek, bez papuziego - tylko nauczania się na pamięć uciułanej wiedzy tysiącleci i tysiac - umysłowych geniuszów, sam, bez ich pomocy stworzyłem sobie, tak mimchodem własny system Perspektywy, czego nawet da Vinci nie zdołał. (Kiedy rysuję projekt architektoniczny, to nigdy nie kreślę setek linii, by dojść do skrutowej prawdy, lecz moim własnym systemem, od razu, czterema kopytami wskakuję w papier i rysuję bez użycia gumy).

Próbując dowiedzieć się więcej o idącym w dziesiątki tomów traktacie, zahaczyłem go o wspomnianą coraz to Macimowę jako klucza do wypracowanego przez niego systemu. Nie starając się polemizować z terminem, który zdradzał brak wyczucia filologicznego. Szukalski na chwilę nawet nie przyjmował możliwości ośmieszenia się tak niefortunnie brzmiącą definicją. Pisał natomiast, cytuję fragment z listu:

Na twoje pytanie (w poprzednim czy każdy tom jest poświęcony jakiemu specyficznemu tematowi, wspomnę tu o tomie dotyczącym "The Twin Triangles, Angles and Scottish Z-s", lub o Sowach, Kółku z dziurką (BI), o "Whirls, Contrawhirls and Ripplons". Wydawało by się iż będą to nudne książki. Jednak są bardzo zadziwiające nie tylko w swej ukrytej treści jako obraznaki, lecz i jako dzieła archaicznej sztuki, zadziwiającej pomysłwości wyrażania ich misji, przekazania legend, mitów i przed lub po dyluwialnych tradycji. Jeden tom jest poświęcony portreton faraonów i królów, kapłanów, których tytualne nazwy były złożone z Macimowy (z angielska Protongu), prosto dających się przetłumaczyć na polszczyznę. Teraz, po zebraniu olbrzymiego materiału dokumentacyjnego, dotyczącego Celto-Scyto-Sarmatów, łatwym jest zrozumienie dlaczego ta mowa, (naturalnie że nie polska) owa Macimowa, była pierwsza w Babilonie, Asyrji, Hittycji (Hata, bo najpierw budowali chaty) itd.

Są to te same chaty (osearium) dla składania spalonych kości, jakie były używane w miniaturze, z palonej gliny. Świat naukowy się zachłyśnie tymi otkryciami. Ponieważ jest tych obraznaków i ich kombinacji, tak strasznie wiele, trzeba będzie je przedstawić w wydawnictwie pod klasyfikacją "tekstów", co za jednym pociągnięciem prędzej rozpowszechni tę nową wiedzę, przez to, że w większości młodsze pokolenie będzie odsyłane do moich podręczników.

Próbowałem kwestionować jego rozumowanie, sprzeciwiać się jego wynikom, ciągnąc go tym sposobem za język i usiłując odwieść raczej, niż utwierdzać w zapamiętaniu, w jakim wyżywał swój nieznajdujący zastosowania rozpęd twórczy.
Zw wszystkim tym co robiłem przez tyle lat, w skorym zapomnieniu śród Polaków jak i Amerykanów tli się zarzewie podniesienia prestiżu w Polsce i Polakom, mimo ich opętania nienawistnego ku mnie, jak i ku każdemu godnemu i użytecznemu Polakowi. Zawsze służę Polsce, mimo mej obecnej nienawiści niegodnej jej Polaków. Wszystko co zrobiłem w życiu i robię pod koniec mego trwania, jest zastępstwem waszej, banalnej, głupiej Wiary, która zrobiła was niewolnikami Italji i niezdolnymi do kierowania swymi dziejami w trwałej wolności.

Gdyby mój tom "Cel-Tyckich Scyto-Sarmatów" wyszedł drukiem, to spowodowałby rewolucję pojęć. Treść, udowodniona archeologicznymi dokumentami jak i dzieleniem nazw na Macimowę dałaby nie tylko podłoże do zjednoczenia Europy w Neuropę, lecz dałaby nagle wyklucie się głęboko ukrytemu tęsknieniu do zaginionych, dotychczas wrogich wzajemnie Braci-Narodów.

W obecnej epoce demokratyzacji, kiedy to tępota iści sobie prawo do przodownictwa, umysłowi zboczeńcy stają się samozwańcami, podczas nieobecności zdławionych przez Polaków Styrjeńskiej i Szukalskiego. Nienawidzą tych skrzydlatych uciekinierów z Nieba, tych Prometeuszów, przecząc ich obecności na tym spodlonym globie, i nieświadomie mordując sobie samym kulturę i sztukę. Wolność i trwanie ideałów, jakie mogłyby być budowane przed ślepymi oczami demokratycznej gawiedzi.

Odcinam ci się często, bo nie zasługuję na twe mierzenie mię wstecz milimetrami, na twe targowanie się ze mną, że jestem mniej wart od ciebie. Wytrzymuję to u-palszczanie mnię, podcinanie mi ścięgien i redukowanie o wysokość głowy, bo jestem mimo wszystko bardzo cierpliwy (nie można być dobrym rzeźbiarzem bez tego), a kiedy chodzi o najważniejsze cele, zamierzenia, jestm gotów poniżyć się, przyjmując takie polskie redukowania, unicestwiania. po pokazaniu ci tych fragmentów, jakie obecnie masz u siebie, upewnię się że masz wystarczająco, by zrozumieć o co chodzi. Wiedząc że miałeś dość czasu na poznanie części całego zakresu wielosiężnej Tezy, wycofam się, bez komentarzy. Uczyniwszy to, spalęmost łączący nas, listami, i zapomnę cię, bez urazy osobistej, składając winę nie na Jantę-Półczyńskiego, lecz na Polaka w niczym nie innego od reszty tego gatunku.

Próbkę talentu, a także gotowość służenia nim, kiedy go o to poprosiłem pokazał, przysyłając projekt emblematu Rady Polskich Klubów Kulturalnych. 

Przy innej sposobności, nieproszony nawet, wyciął dla mnie monogram, nadający się na list, albo jako graficzny znak wydawnictwa na tytułową okładkę, czy tytułową stronę:

Było to w okresie, kiedy Wojciech Jakubowski odbił dla mnie eks-libris, który pokazałem Szukalskiemu, a pragnąc mu pomóc, zamówiłem u niego rysunek jeszcze jednego dla książek w moich zbiorach. Przysłał w parę dni swój projekt. Przekazałem mu z własnej inicjatywy czek za tę pracę. Otrzymałem w odpowiedzi list:

Naprawdę jestem głęboko zażenowany tym, że między nami jest interes pieniężny. Sam fakt, że Dziona (tak polszczył imię żony Joan) musi zarabiać, pracując w sklepie z zabawkami, a ja nie mogę dodać więcej niż owe 120 dolarów miesięcznie jakie otrzymuję od "social security", zmusza mnie do przyjęcia "zapłaty" za ten mały rysunek. Dekoracyjnie libris Wojciecha Jakubowskiego, jaki posłałeś mi, jest najpiękniejszy jaki widziałem. Mój, nie jest dekoracyjnie pojęty, bo zbytnio przylgnąłem do myśli w nim zawartej. Kiedyś później, zrobię ci lepszy, dekoracyjny. Bardzo, bardzo ci dziękuję.

Prosiłem zaraz potem o przysłanie paru rysunków, przekazując zadatek, co wprawiło go w zdumienie. Usprawiedliwiał się z przyjęcia tych pieniędzy:

Twój czek na $200 prawie że przeraził mię twoją nieoględnością na twoją własną sprawę, bo wydajesz pieniądze, sam mając problem choroby w domu. Miałem zamiar odesłania go byś czekał na sprzedanie jednego z rysunków, lecz to żona, nie Polka, zarabia na nas oboje, a ja nie mogę nic przynieść w obecnych czasach, jestem wprost zmuszony coś dołączyć do jej wydatków, z wielkim żalem wykorzystując twe przedwczesne wypłacenie za możliwość sprzedaży jednej z moich prac. Jeśli niczego nie sprzeadż, jest to pożyczka, którą odpłacę.

Pamiętając że zdobył w swoim czasie pierwszą nagrodę za projekt pomnika Mickiewicza dla Wilna (nigdy mu go nie postawiono, wywołwł bowiem zgorszenie i sprzeciw akademickich arbitrów twórczości artystycznej w Polsce), namówiłem go na zrobienie medalu Mickiewicza w stulecie śmierci. Była kwestia dewizy, jaką należałoby wybrać dla tej podobizny z pism Mickiewicza. Szukalski medal zrobił, ale dewizę dał własną, prawie na przekór moim sugestiom. Do medalu dołączone było następujące objaśnienie:

Mickiewiczowi dałem oskrzydloną głowę, bo natchnieniem umiał się wznieść ponad codzienność. Na tych wyżynach stał się wieszczem, przewidującym, proroczym. Gdy schodził z wyżym natchnienia by mądrością swą, jak chlebem, podzieliś się z duchowo głodnymi, to gwiazdy przyległe mu do skrzydeł opadały na polepę podłogi chałupnej. Dałem mu więc gwiazdy naskrzydłach. Z czoła płomień natchnienia mu buchał, by jak z ofiarnego ołtarza rozjaśnić ociemniałe dusze, uwidocznić zapomniane widnokręgi. Szyję ma powrozem oplątaną jako znak naszego zniewolenia. Przed oczyma miał wieczną wizję łańcucha wspólnoty, trzech ogniw Rusi, Polski, Litwy, jemu współczesnej. A więc ma te cierniowe ogniwa, a w nich herby narodowe. W przeciwległych kątach łańcucha jest litera M (Moskwa) i N (Niemcy), których biologiczną misją jest rozerwanie go i zniweczenie nas każdego z osobna. Na otoku dałem niezapomnienie, dla nas i naszych potomnych, że tylko wedle siły biologicznego poparcia, lub braku jej, narodom wiedzie się szczęśliwie lub nie. Niezapomnienie to wyraził słowami:
Jak prze wola - taka dola

Jak na jeden mały medal, cały ogrom ładunków symbolicznych, przyznajmy. Nie spodobał się z innego jeszcze względu. Mickiewicz ma na nim mongolskie trochę skuły i twardą twarz wodza Indian, nagromadzenie szyfrowanych efektów oprawia ją w tyle znaczeń, że aż gubi się w nich podobieństwo do żywego człowieka. W rezultacie oddala raczej niż zbliża.

Sprzedawał się mimo to nie najgorzej. Traktowano go jako osobliwość; widziałem że był noszony na łańcuszku jako ozdoba egzotyczna na niejednej damskiej piersi, niekoniecznie zresztą z okazji naszych obchodów mickiewiczowskich.

Kiedy w parę lat później próbowałem zdobyć go dla jednego z muzeów w Polsce, Szukalski już nie miał żadnego i nikt z członków klubu artystycznego w Buffalo nie mógł go dla mnie znaleźć.

To były epizody w stosunkach z artystą, któremu, niezrażony przeciwnościami próbowałem torować drogę. Okazja nazunęła się w rozmowie z właścicielem wielkiego sklepu departamentowego Sattler's w Buffalo.

Ciężko zamożny biznesman, którego przedsiębiorstwo handlowe prosperowało świetnie w polskiej dzielnicy Buffalo, nazywał się Rabow, a pochodził, jak się łatwo domyśleć, z małego miasteczka w Polsce jeszcze pod Rosjanami. Jak ludzie, którzy z nędzy doszli do szczytów powodzenia, był wrażliwy na opowiadanie o artyście, borykającym się ze zmową obojętności. Namówiłem go bez trudu na sprowadzenie gipsowego modelu pomnika Szukalskiego. Przedstawiłe Prometeusza o zakneblowanych ustach. Mówiąc terminologią czysto amerykańską "sprzedałem" pomysł ustawienia modelu tego pomnika na estradzie przed wejściem głównym do sklepu Sattler's, z okazji krajowego zjazdu weteranów amerykańsko-polskich, jaki miał się odbyć w Buffalo. Wpisało się w program zjazdu uroczystr odsłonięcie modelu. W przygotowanej na zjazd rezolucji natomiast, weterani mieli wystąpić z propozycją, skierowaną do Narodów Zjednoczonych, aby dzieło Szukalskiego, jako pomnik-symbol, przypominający losy uciemiężonych krajów, ustawić przed głównym gmachem ich nowoyorskiej siedziby. Ustawienie go na tym miejscu miało posiadać wymowę krzyku sumienia, ale także wskazówki dla zadań jakimi służyć winna instytucja, poparta - tak by się wydawało - na solidarnym i wspólnym poszanowaniu praw człowieka.
Była to także mojego pomysłu forma pomocy Szukalskiemu, aby bez względu na wyniki tej inicjatywy przypomnieć na gruncie amerykańskim tego zapomnianego a przecież nadzwyczajnego artystę.

Rzecz odbywała się według zamierzenia. Estradę przed Sattlers'em wypełnił tłum dostojników zjazdu i miasta. Do tłumów zalegajścych buffalowski Broadway, główną arterię komunikacyjną całej polskiej dzielnicy, wygłoszone zostały odpowiedznie mowy i odczytane odpowiedznie rezolucje. Prasa pełna była nazajutrz zdjęć i tekstów poświęconych niezwykłej manifestacji o charakterze polityczno-artystycznym. Pomnik wprowadzony do wnętrza Sattlers'a, przez wiele tygodni stanowił ośrodek zainteresowania, jako sensacja i atrakcja sklepu. Przeniesiony został potem do sali rzeźby w miejscowej galerii sztuki. Ściągnęliśmy go później na uniwersytet, z okazji zjazdu klubów artystycznych, aby także na tym terenie dać mu rozgłos i podbudować projekt, jaki podpowiedziałem tekstem rezolucji.
Z uniwersytetu model pomnika przeniesiony został na ratusz i tam, przez czas sięgający poza termin mego wyjazdu z Buffalo na stałe, stanowił przedmiot oglądań, zadziwień, zapytań i podziwów tysięcy chyba załatwiających swoje sprawy obywateli miasta.
W międzyczasie korespondowałem pilnie na wszystkie strony, próbując przypomnieć polskiego artystę, który, sądząc po publikacjach, poświęconych jego sztuce, jakie ukazały się w latach dwudziestych, odegrał znaczną rolę w dziejach kultury amerykańskiej.

Kiedy wyjeżdżałem z Buffalo na dobre, model pomnika Szukalskiego zdobił dolną salę ratusza, opatrzoną odpowiedznim objaśnieniem, a na ścianach w hallu wisiały dwie plansze przedstawiające proponowane przez Szukalskiego nowe rozwiązanie architektoniczne dla nowoyorskiego pałacu Narodów Zjednoczonych, i trzecia, projektu pomnike przyjażni amerykańsko-kanadyjskiej, do postawienia na granicy obu państw, przebiegającej wzdłuż Niagary, dla uczczenia budowy Kanału św. Wawrzyńca. Dobiegała w tych latach końca, jako przykład konstruktywnej współpracy dwuch sąsiadujących ze sobą terytoriów. Były komisarz graniczny, Uliński o którym często wspominam w tym pamiętniku, zainteresował się zwłaszcza tą możliwością, realizacji której - jak obliczyłem - wynosiłaby zaledwie ułamek procentu w kosztach budowy Kanału. Stanowiła wymowne odwołanie się do wyobraźni krajów, pieczętując przyjaźńi, i w wypadku wybrania odpowiedzniego miejsca, niemałą atrakcję turystyczną na cała przyszłość. Szturmowałem memorandami w tej sprawie do różnych oficjalnych osobistości miejsckich i stanowych, napotykając niestety na całkowity brak zrozumienia dla argumentów, mobilizowanych w interesie nietylko artysty, ale miejsca, gdzie taki pomnik powinien i mógłby stanąć.

Zostawiłem zarówno model pomnika jak i plansze ozdabiające hall ratusza pod opieką komisarza parków, który je przyjął na ratusz i który patronował temu pokazowi.
Szukalski nie przestawał odwdzięczać mi się za starania robione na rzecz jego sztuki, obraźliwymi listami. Tolerowałem jego odezwania się, wytykając mu nieraz nieumiejętności w postępowaniu z ludźmi, nawet najbardziej życzliwymi, co bynajmniej nie łagodziło jego zapamiętałych zarzutów, wypomnień, insynuacji ani inwektyw.

Napastował mnie swoim obyczajem pretensjami, jakbym był winien, że starania o zwrócenie uwagi na jego dzieło i projekt nie dały spodziewanych rezultatów. Poradziłem mu, aby bezpośrednio w tej sprawie zniósł się z komisarzem parków. Wyjeżdżając z Buffalo po sześciu latach pobytu i ciężkiej choć ciekawej pracy dla spoleczeństwa, nie mieliśmy z żoną żadnych rezerw. Okazało się nawet, że zostawiamy długi.

Oderwany od kontaktów z Buffalo i przerwawszy na długie lata nie prowadzącą do niczego, przykrą i pełną oskarżeń korespondencję z Szukalskim, byłem pewien, że sprawa modelu i plansz została skutecznie załatwiona po myśli ostatniej mojej z Ulińskim rozmowy, a w rezultacie - to uważałem za osobistą sprawę Szukalskiego - bezpośredniej jego korespondencji z Ulińskim. Nie wykluczam niestety, że jeśli napisał do kogokolwiek w Buffalo, był to list niegrzeczny i obraźliwy, co nigdy nie wpływa dobrze na usposobienie odbiorcy, ani gotowość do załatwienia czegokolwiek. Jednemu z przyjaciół, który na moją prośbę zagadał go o Szukalskiego, komisarz odciął się ostro, że nie chce nic więcej o tym słyszeć.

Uliński długo chorował zanim w roku 1961 zmarł. Dowiedziałem się dopiero w parę lat po jego śmierci, że model pomnika Szukalskiego ani plansze nie zostały zwrócone.
Nie było innej drogi jak publiczny apel o informacje. Przybywszy na miejsce wezwałem reporterów dwu byffalowskich pism codziennych w języku angielskimi, rekapitulując dzieje modelu Prometeusza oraz plansz, które tajemniczo zniknęły z ratusza, dopominałem się o każdy szczegół mogący pomóc w odpowiedzi na pytanie, gdzie się podziały. Wyjaśnienie przyszło w postaci listu do redakcji już następnego dnia. Nadesłał je były urzędnik departamentu parków, opowiadając, że model rzeźby wystawionej w ratuszu przeniesiony został po odejściu Ulińskiego jako komisarza parków do garażu miejskiego. Garaż ten spłonął z całą zawartością w 1964 roku.

Przekazałem tę tragiczną wiadomość Szukalskiemu, wyrażając gotowość pomocy w skarżeniu miasta Buffalo o odszkodowanie za stratę jaką poniósł.
Odpowiedział nieprzytomnym z gniewu listem, uważając, że historia z pożarem w garażu wymyślona została przeze mnie dla zakamuflowania tranzakcji, jaką za jego plecami próbowałem rzekomo zrobić. Inwektyw jakim dał przy tej okazji upust, nie zliczę. Uniemożliwiły wszelką rozsądną rozmowę, utrudniły akcję na rzecz ewentualnego procesu.

Poradziłem się adwokatów; nie robili wielkich nadziei z uwagi na klauzulę przedawnienia, jaką wysunęłoby w obronie miasto. Próbowałem argumentować, że wobec poszkodowanego zatajono okoliczności i okres poniesienia strat i że nie mając danych o tym co się stało, nie mógł wcześniej dochodzić swoich praw.

Wszystko to odbywało się bez informowania Szukalskiego; było jasne, że gdyby z właściwą sobie bezwzględnością i pretensjami do wszystkich kogo potrafił dosięgnąć, wystąpił na tym terenie, minimalne w tej chwili szanse wytoczenia skargi, zmalałyby automatycznie do zera.

Byłem teraz w sytuacji lepszej nieco, niż w czasie gdy opuszczałem Buffalo przed przeszło dwunastu laty, toteż zaangażowałem adwokata. Prówowałem w interesie Szukalskiego wszystkich sposobów, aby dojść jego praw i uzyskać kompensatę. Wniosłem jego imieniem skargę o $25,000.

W chwili kiedy to piszę, list adwokata z Buffalo, reasumując starania podjęte w okresie prawie trzech lat, przynosi wiadomość że sąd oddalił skargę jako przedawnioną. Podtrzymanie jej w innej instancji wymagałoby nowego wkładu gotówki, szanse natomiast, wydają się po konsultacji ekspertów w tego typu sprawach minimalne.

Z uczuciem ciężkiej przegranej musiałem w tej sytuacji zrzec się dalszych starań w interesie artysty, któremu w różnych okresach życia próbowałem z serca i przekonania - wbrew jego posądzeniom i obmowom - naprawdę pomóc.