menu
:: Strona Główna
:: Wywiad specjalny
::
Artykuły Biograficzne
::
Galerie
::
Biblioteka
::
Monografie
::
Wystawy & fotografie
:: Listy
:: Publicystyka
:: Spis artykułów prasowych
::
Szczep Rogate Serce
::
Odnośniki
::
Kontakt
:: Księga Gości

 

TWÓRCZYN STACHA Z WARTY

Maciej Miezan

 

"STANISŁAW SZUKALSKI - GENIUSZ WSZECHCZASÓW" - pod takim tytułem można było obejrzeć w czerwcu 2000 roku w galerii "Temporary- Contemporary" w Krakowie wystawę fotografii rzeźb i rysunków.... no właśnie: kogo? Komu mówi coś nazwisko: Stanisław Szukalski, owiane niegdyś legendą i otoczone aurą skandalu?;

Urodził się w Warcie koło Sieradza pod koniec XIX w., kiedy bieda zmuszała ludzi do emigracji za morze. Pokusie uległ jego ojciec, wybierając się do Afryki Południowej, gdzie potem wojna burska zniszczyła jego gospodarstwo. Później poprzez Brazylię dotarł do Stanów, dokąd ściągnął rodzinę. Stach od najmłodszych lat przejawiał zainteresowanie i niezwykłe zdolności „plastyczne”, od 1906 roku uczęszczał do Institute of Art w Chicago, a w latach 1909 –1912 był studentem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. W 1913 roku wraca do Chicago, robi portret swego ojca, a w rok później jest świadkiem jego śmierci. Legenda mówi, że Stanisław uczył się anatomii na ciele swego ojca. To wydarzenie  opisał Ben  Hecht w swojej biografii  „A Child of the Century”:  jego  przyjaciel,  artysta   i pisarz Wallace Smith, podziwiający kiedyś rzeźby Szukalskiego, zapytał młodego rzeźbiarza, gdzie uczył się anatomii. Stach opowiedział wtedy o wypadku, w którym śmierć poniósł jego ojciec pod kołami samochodu:...”przecisnąłem się przez tłum gapiów i podniosłem ciało mego ojca. Niosłem go na barkach długi czas, nim przybyliśmy do miejskiej kostnicy. Powiedziałem, że jest to mój ojciec i wyjawiłem swoje zamiary, na które się zgodzili. Oddano mi ciało i zrobiłem jego sekcję, uważnie je badając. Pytałeś mnie, gdzie nauczyłem się anatomii?”. Szukalski spojrzał na nas z wyższością: „Mój ojciec uczył mnie” odpowiedział. Czy tak było naprawdę, nie wiadomo, Szukalski często fantazjował, kpił sobie z ludzi i żartował. Jednak, gdy patrzymy na wspaniale wymodelowane torsy i mięśnie w jego rzeźbach, mimowolnie dreszcz przechodzi po plecach...

Artysta, który jako dziecko wyjechał z Polski, nigdy nie zaakceptował innego kraju i choć los go zmusił do mieszkania w Chicago, Paryżu i Los Angeles, czuł się Polakiem oraz zachował polskie obywatelstwo. Przez całe życie podpisywał się jako Stach z Warty, jednak jego dzieła pełne były elementów jakby zaczerpniętych ze sztuki Azteków, potem Indii, Chin, Bliskiego Wschodu - co mogło stanowić dysonans z czysto polską tematyką. Rzeźbił Kraka,  Piłsudskiego czy   Bora - Komorowskiego. Przedstawienia te były tyleż polskie co egzotyczne, powodując konsternację wśród krytyków. Oto Kopernik pokryty orlimi piórami, z góralskim pasem, chwytający słońce, oto Jan Paweł II w podobnym „przybraniu” duszący cepem jałtańską hydrę... Kolejny "dziwnotw6r" to Pomnik Katyński - olbrzymi goryl z twarzą Breżniewa zabijający młotem i sierpem skrępowanego polskiego oficera (postać żołnierza w dramatycznym przegięciu skopiował potem Pityński we własnym pomniku katyńskim wystawionym w USA).

Niekiedy Stach z Warty zajmował się symboliką innych narodów. Francuzom podarował projekt pomnika na plac przed katedrą Notre Dame w Paryżu. Miał to być rewanż Ameryki za Statuę Wolności. Kogut Gallów bronił na nim Francji przed trzema potworami: komunizmem, faszyzmem i.... sztuką współczesną.

Zdawać by się mogło, ze to całkowita aberracja - dzieła, od których, jak pisał Osęka, miłośnicy sztuki "odwracają się ze wstrętem, jak od dwugłowego cielęcia". Czy człowiek, którzy rzeźbił słowiańskich herosów w zbrojach japońsko-chińsko-aztecko-orientalnych zasługuje na naszą uwagę? Czy tworzona w jego wizjach architektura, gdzie Bizancjum łączy się ze świątyniami znad Gangesu, greckimi  chramami  i  wałami  słowiańskich  grodów,  była  w  stanie  wpłynąć  na współczesną sztukę?

A teorie zjednoczenia Europy w jedną Unię, która byłaby w stanie przeciwstawić się zarówno Ameryce, jak i Rosji -  czyż to nie jakiś obłęd? ­

Mimo przejściowego powodzenia Szukalski nigdy nie stał się artystą tak znanym, jak Picasso, Warhol czy chociażby Tadeusz Kantor. A jednak gdyby znaczenie liczyć nie głosami krytyki, ale siłą oddziaływania, to okaże się, ze faktycznie było on jednym z najbardziej wpływowych artystów stulecia. Nie dostawszy się na Parnas od frontu, wszedł nań kuchennymi schodami.

Przede wszystkim zwrócił się do młodzieży, dla której był romantycznym buntownikiem, artystycznym mentorem, głosicielem poglądów może podejrzanych, ale fascynujących. Pracował  w Ho-

llywood przy scenografii i efektach specjalnych już w czasach kina niemego. Te niesamowite aerodynamiczne budowle z dziwnymi posągami, które dziś tak chętnie się kopiuje, często są jego pomysłu. On też z Salvadorem Dali zrobił dekorację do sceny snu w fi1mie Hitchcocka »Urzeczona", uważanej za pierwszy przykład freudyzmu w kinie. Dlatego społeczność hol1ywoodzka, w tym elita młodych twórców komiksów tworzących nurt "fantasy", dała się uwieść "twórczynowi" Stacha z Warty.

Łatwo się o tym przekonać, włączając grę komputerową z dziwnie ubranymi wojownikami - ­to on ich   wymyślił. Można też iść na film science fiction, gdzie od czasów "Łowcy Androidów" Ridleya Scotta wszystkie miasta stylizowane są na budowle z rysunków SzukaIskiego. Nie wiem, czy muzycy z zespołu" Trebunie Tutki" lub "Brathanki" o nim słyszeli, ale to właśnie on pragnął ożywić polską sztukę ludową poprzez wzmocnienie jej fo1klorem Orientu, Indii czy Ameryki Południowej. Wtedy był to absurd, ale pod koniec XX wieku okazało się, że trafia w gusty.

SzukaIski był prekursorem postmodernizmu w sztuce, filozofii i polityce. Jego idee połączenia Europy w Unię zostały w latach 30. wyśmiane. Dziś już nie jest nam tak do śmiechu. Szukalski okazał się bardziej przewidujący niż politycy. Stworzona przez niego "Unia Młodych" była organizacją "kanapową", lecz miała swoje międzynarodowe kongresy. Wydawaną przez nią  gazetę, "Atak Kraka", artysta nie tylko zapełniał. w całości swoimi artykułami, ale i finansował. Słowiański czy raczej prasłowiański kostium, w który ubierał swoje teorie i rzeźby, spowodował, że pismo wyszydzono. Zapoznał się z nim jednak J. Rettinger - najbardziej tajemniczy i szalony polityk, jakiego wydała nasza ojczyzna. Człowiek ten stał się twórcą idei Zjednoczonej Europy.

 

Może mniej cenne są prace naukowe SzukaIskiego, ale i tu jest nieco ciekawych albo przynajmniej profetycznych elementów. Otóż po wojnie artysta zaczął interesować się pochodzeniem języka. Usłyszawszy kiedyś w radiu wiadomość o agresji niemieckiej wysłaną z Bohuslanu, zainteresował się tą nazwą. Skandynawski Bohuslan wydał mu się słowiańskim Bohu SIanem (Bogu Słanym). Pożyczył więc z biblioteki parę atlasów i zaczął badać mapy całego świata. Nasz glob wydał mu się usiany dziwnie znanymi nazwami. Szczególne wrażenie zrobiło na nim odkrycie, że niedaleko Wyspy Wielkanocnej leżą dwie inne: Lachia i Sarmatia ! Stąd nasz ród - wywnioskował Stach z Warty i stworzył teorię głoszącą, że przed potopem wszyscy mówili wspólnym językiem, zbliżonym do polskiego. Opracowaniu tej rewelacji poświęcił resztę życia. Napisana przez niego praca liczy 25 tysięcy (!) stron maszynopisu, przy czym prawie każdej towarzyszy rysunek własnoręcznie wykonany przez autora. Nie ufający nikomu Szukalski, przekonany, że wrogowie dybią na jego dzieło, wykonał jeszcze kilka jego kopii, które ukrył w ognioodpornych kasach w różnych częściach Stanów Zjednoczonych. Jeżeli spojrzeć na całą tę pracę nie jak na wytwór zawładniętego wybujałą wyobraźnią umysłu, lecz jak na happening,  to można uznać  ją  chyba  za największe  dzieło tego gatunku. W końcu Kantor, Karpow

 i Warhol robili jeszcze dziwniejsze rzeczy.

Poza tym czy Tolkien i inni twórcy fantasy, którzy w swoich trylogiach, tetralogiach i pentalogiach budują wizje alternatywnych światów, robią coś innego niż Szukalski? Czy wymyślone przez nich krainy, zaludnione przez Conanów, Flashów, Gordonów lub Hobbitów różnią się tak bardzo od teorii Stacha z Warty ? Nie trzeba zresztą sięgać za granicę. Wszak mieliśmy u siebie Słowackiego, którego przepiękny pomnik SzukaIski kiedyś zaprojektował. Trzeba było nie lada odwagi, by w wieku spalin i  elektryczności znów sięgać po wizję dziejów bajecznych. Mało tego, Stach z Warty dostosował słowiańskość do potrzeb współczesnych. Jego Polacy przybywają z ocalonej przed potopem Wyspy Wielkanocnej, _kolonizując  Lachię i Sarmatię, a potem dalej, do góry Zermatt, skąd wchodzą do Polski.

To nieco dłuższa trasa niż przebyli nasi praojcowie: Lech, Czech i Rus.

     Jeśli przykładać do dzieła Szukalskiego miary naukowe, wyda się ono oczywistym absurdem. Ale jeżeli potraktujemy to jak utwór "fantasy", uzyskamy świetny materiał na film albo komiks. Dopiero z perspektywy czasu widać, że Stach z Warty miał w tym nurcie nie lada osiągnięcia. Jego dramat "Krak syn Ludoli - dziejawa w dziesięciu odmroczach", dedykowany ,M łodzi słowiańskiej ku wypełnieniu ich rasowego sprawunku", powstał współcześnie z "Hobbitem" Tolkiena. Opowiada mityczne dzieje Wielkiej Sławii ujarzmionej  przez dzikich  Bidżymdów  wyznających  kult boga Hjeh Weha. Do walki z nimi staje Krak, syn Ludoli - ślepego kowala wykuwającego dusze. Po licznych zwrotach akcji, dramatycznych obrzędach opisanych w rozdziale "Ukara i Obryzga", Krak niszczy Smoka Wawelskiego i zrzuca znienawidzone jarzmo. Sławia staję się wolna i może dążyć do wypełnienia swojego rasowego sprawunku - dania szczęścia całej ludzkości.

 

Tak w skrócie można by streścić tę nigdy nie wystawioną sztukę, która bardzo podobała się Karolowi Irzykowskiemu. Poza wszystkim SzukaIski miał niezłe pióro, a ataki, jakie prowadził na oficja1ne instytucje sztuki w Polsce, zjednały mu nawet takich przeciwników ideowych, jak Witkacy. O wiele lepiej pisał jednak Szukalski po angielsku i to do tego stopnia, że po prasowej publikacji fragmentu jego wspomnień brytyjska Akademia Nauk uznała go za jednego z najlepszych stylistów w tym języku. Tekst umieszczono potem w podręczniku dla początkujących pisarzy, razem z fragmentami prozy Guy de Maupassanta i Czechowa. Podobnie rzecz miała się z muzyką. Fritz Kramer, usłyszawszy kiedyś improwizację fortepianową Szukalskiego, powiedział, że mógłby on zostać najlepszym kompozytorem swoich czasów, gdyby tylko zechciał poświęcić się muzyce.

Kłopot w tym, że artysta nie chciał. Chwytając "sto srok za ogon" - jak sam określał swoją twórczość - niczego nie robił do końca. Rozmieniał się "na drobne" i zaprzepaszczał kolejne szanse osiągnięcia sukcesu. Nie stał się ani wie1kim politykiem - o czym marzył, ani literatem ­poza opisanymi przypadkami, ani muzykiem z prawdziwego zdarzenia. Jego rzeźba, polska w temacie, nie podobała się obcokrajowcom,  a  znów  jej  egzotyczna  forma odpychała Polaków, którzy są raczej tradycjonalistami.

Szukalski brnął w coraz głębszy absurd.  Nakręcił trzydzieści 4-godzinnych filmów video, w których wykładał swoje teorie, dowodząc na przykład, że Niemcy nie są Niemcami, tylko zgermanizowanymi Polakami.

Odszedł z tego świata również w sposób niezwykły. Znalazł kiedyś nad oceanem wielki namoczony pień drzewa. Mimo że był po zawale serca, postanowił go zabrać i w kilka dni z pomocą przyjaciela zaciągnął do pracowni, gdzie rzeźbił i szlifował ją ponad miesiąc. Rezultatem tych działań była rzeźba – „Bogini” - tors kobiecy w stylu Henry Moore'a, którego Szukalski szczerze nienawidził. Zdążył się jeszcze z dziełem sfotografować i  pojechał  do  supermarketu.  Nie twórczy trud,  nie sędziwy wiek   (94 1ata), ale zwykły wypadek samochodowy zakończył jego życie. Ten największy współczesny piewca heroizmu poległ na przejściu dla pieszych, zdążając z zakupami do swego starego cadillaca.

Pogrzeb jednak miał wspaniały. Rok po jego śmierci przyjaciele zawieźli prochy Szukalskiego oraz jego żony Joan Lee Donovan  ( zmarłej w 1980 roku) specjalnie wyczarterowanym samolotem na Wyspę Wielkanocną - skąd, jak twierdził Stach z Warty, pochodzili przodkowie Polaków. Na tej "prastarej polskiej ziemi" rozsiali jego szczątki. Śmierć artysty odnotowały wszystkie ważniejsze polskie pisma poświęcone sztuce. Nawet "Przekrój" opublikował leżący w redakcji od paru lat niezwykły list Szukalskiego, gdzie tłumaczył on powiązania Wyspy Wielkanocnej z kółkiem na ogonie piastowskiego orła, który zdobi Bramę Floriańską.

Dziś artysta, o którym w ciągu paru w sumie lat jego pobytu w Kraju ukazało się więcej artykułów niż o Dunikowskim w ciągu  40 –lecia,  został  skazany  na  iście  orwellowskie  zapomnienie. Choć wymienia

się go w każdej pracy poświęconej  syntezie  sztuki dwudziestolecia (określając jako wybitnie zdolnego), nie ma w księgarniach jego albumów, a w całej powojennej Polsce miał tylko jedną znaczącą wystawę, w 1978 roku w Pałacu Sztuki w Krakowie, oraz dwie skromne w Warcie, miejscu jego urodzenia. Muzeum Narodowe  w Warszawie  zwlekało  aż  do lat 90-tych,  by umieścić na ekspozycji poświęconej sztuce dwudziestolecia jedną jego rzeźbę (krakowskie chciało zrobić to samo, lecz zabrakło mu odwagi). Tym cenniejsza była wystawa w Galerii Temporary – Contemporary przy ulicy Dolnych Młynów, gdzie właśnie w Krakowie, po 22 latach mogliśmy znowu skonfrontować mit z rzeczywistością.

 

Może Stach z Warty był szalony. Jego teorie szokowały niezwykłością i karkołomną logiką. Ale czy artysta musi być postrzegany w tych kategoriach? Czy my sami do końca rozumiemy idee Kantora lub Wyspiańskiego, którym poświęcamy całe festiwale? Delektujmy się jego rzeźbą, inspirujmy pisarską wyobraźnią. Próbujmy nie tyle zrozumieć, co - docenić. W końcu artystów tej miary nie mamy zbyt wielu.

 

Maciej Miezan, lipiec 2000, Kraków